poniedziałek, 8 sierpnia 2011

* USA - Przeminęło z wiatrem


Pocztówka z prywatnej wymiany. Miałam nic nie pisać tutaj, pod kartką, bo sam jej widok wystarcza, ale nie mogę się powstrzymać.
Nie lubię romansideł. Ani w postaci książki czy filmów; nudzą mnie, nie mówiąc o tym, że większość z nich to straszna szmira. Przeminęło z wiatrem to wyjątek. Być może powodem mojego uwielbienia jest też tło historyczne, bo romanse z głośnymi wydarzeniami z przeszłości toleruję, a tutaj elementem książki jest wojna secesyjna, czyli jeden z moich ulubionych historycznych tematów.

Książkę przeczytałam pierwszy raz w wieku... Nie wiem, może 12 lat; film obejrzałam też w tym czasie. PzW jest jedną z tych pozycji, przy której rozdzielam dzieło i jego ekranizację - dla mnie dwa te elementy są równie piękne i wybitne, nie ma sensu porównywać, bo wtedy musiałabym kiwać nosem na film, który przecież uwielbiam.
Rozumiem, że głównym tematem zarówno książki, jak i filmu jest relacja między Scarlett i Rhettem, jednak dla mnie bardzo ważny, równie ważny jest wątek samej Scarlett - jej charakteru, przemiany, głupoty od czasu do czasu (ileż razy chciałabym potrząsnąć ją i krzyknąć, żeby się opamiętała!), ale też, nad czym ubolewam, ten pominięty trochę w filmie, niewyeksponowany tak, jak chciałabym: mówię o relacji między Scarlett i Melanią. Uwielbiam Melanię!
I Vivien Leigh jako Scarlett...

Mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby nakręcić film jeszcze raz (bo książka została kontynuowana, ale nie czytałam, bo dla mnie to profanacja). Kiedyś przeczytałam dobry komentarz: nakręcenie nowej wersji Przeminęło... byłoby jak namalowanie Mony Lisy od nowa: stara wersja może się komuś nie podobać, można twierdzić, że mogłoby być zrobione to lepiej, ale to pewien symbol, którego zmieniać nie wolno. Zgadzam się i podpisuję się obiema rękami pod tym.

Kto czytał PzW, ten zrozumie, a kto nie czytał - ten trąba.




2 komentarze: